Archives

I was born to love you

Kto mnie czyta, ten wie, że każdy tytuł wpisu na blogu to tytuł piosenki. Kto mnie zna, wie, że kocham muzykę, że jest odzwierciedleniem moich stanów duszy, serca i umysłu. Zdarza się, że słuchając jakiegoś kawałka po raz enty, dostrzegam w nim coś czego nie widziałam wcześniej, zupełnie jak w moim Mężu 😉 I tak sobie dziś słuchałam Freddiego M. i po raz pierwszy w życiu, inaczej zinterpretowałam słowa jego piosenki – I was born to love you.Odkryłam, że to może być o miłości do siebie. Dla mnie zabrzmiało to wybornie. Urodziłam się po to, żeby siebie kochać i się sobą opiekować, szkoda, że zrozumiałam to grubo (dosłownie :D) po 30stce, bo tak na serio to zaraz stuknie mi magiczna 40stka, po której, jak wieść gminna niesie, a prawdy te są zapisane na starym zwoju, rzuconym na strych w chacie starego eremity w Bieszczadach, życie zaczyna się po 40 🙂 Nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro. Nikt. To dlaczego tak wiele z nas czeka wciąż na coś o czym marzy. Czeka na coś czego pragnie od zawsze. A co by się stało gdybyśmy poczuły w sobie tę odwagę, by w końcu sięgać po to czego chcemy tak bardzo, że myśl o tym zapiera nam dech w piersiach. Co stałoby się gdybyśmy na przekór wszystkiemu poszły pod prąd, albo cofnęły się o krok tylko po to by lepiej się rozbiec. A co stałoby się gdybyśmy zamiast biec, szły swoim tempem. A co jeśli powiem, że znam wiele kobiet, które sięgnęły po swoje i nikt nie spalił ich na stosie. Nawet jeśli ktokolwiek próbował to uczynić, musiał liczyć się z tym, że kobiety to magiczne istoty i niezależnie od tego, czego pragną i jak trudne może się to okazać do osiąnięcia, mamy tą nadprzyrodzoną moc.  Jak feniks, odradzamy się z popiołów. Wiem to z autopsji.

Przesyłam Tobie Magię, która jest w każdej z nas, czasem nazywam ją Siłą 🙂

 

Go Your Own Way…

A co jeśli ktoś kocha tylko  wyobrażenie o Tobie. Co jeśli jesteś tylko czyjąś projekcją na Twój temat. Co jeśli, to jak bardzo różnorodna jesteś, nijak się mam do czyichś schematów i wgranych taśm. Co wtedy? Co jeśli to, że raz kochasz czarno-białe połączenia, a kolejnego dnia ubierasz suknię w kwiaty i suniesz boso, wymyka się poza percepcję większości ludzi, których znasz. Kto powiedział, że mamy być jakieś. Kto? Kto o tym decyduje, jak nie my same. Czy można kochać górskie szlaki równie mocno jak leżenie na plaży tuż przy samym brzegu morza? No to jak jest? Pozwalasz na to, żeby wciąż wkładali Ciebie do pudełka i zamykali w szufladzie. Przegródka – matka polka, bezdzietna, singielka, rozwiedziona, zamężna, lesbijka, hetera, mądra, głupia, gruba, chuda, ładna, brzydka… A może sama, zupełnie dobrowolnie wciskasz się do pudełka i szczelnie zamykasz się przed swoimi pragnieniami. A co jeśli naprawdę wymykasz się z wszelkiej maści klasyfikacji i zamiast cieszyć się swoją własną unikatowością, wciąż walczysz, żeby należeć do którejkolwiek z przegródek.

Długo, bardzo długo zależało mi, żeby gdzieś należeć, by łączyć się z ludźmi w jakieś grupy, ale tuż po tym, jak gdzieś wchodziłam, musiałam się dopasować, a tego nie lubię, więc świadomie, uciekałam z kolejnej i następnej i jeszcze następnej. Do żadnej nie pasowałam. Zrozumiałam, że dopóki nie zacznę akceptować siebie takiej zmiennej i różnorodnej jaką jestem, nigdy nie przestanę czuć się samotna. Zamiast szukać akceptacji i zrozumienia u innych, zaczęłam szukać jej we własnym wnętrzu. Podążanie własną ścieżką jest czasem trudne jednocześnie daje mnóstwo satysfakcji. Odkąd jestem Kobietą swojego życia, zrozumiałam, że już nigdy nie będę samotna, paradoksalnie wtedy na mojej drodze zaczęli pojawiać się ludzie, którzy mają tak jak ja. A może po prostu nareszcie zaczęłam ich dostrzegać.I dostrzegać piękno tej mojej różnorodności, w końcu dzięki niej jestem otwarta na drugiego człowieka.

Kiedy wejdziesz już na swoją drogę, będziesz wiedziała, że to ta właściwa i pomimo zakrętów, wzniesień i wybojów, będziesz czuła, że żyjesz, każdym centymetrem ciała i duszy. Podróż z głowy do serca to najdłuższa i najtrudniejsza z dróg. Osiągnięcie tego celu jest spełnieniem marzeń o wolności, niezależności, bo w końcu nasze serce kocha nas tak jak na to zasługujemy.

Mawiają – Bądź sobą a nie będziesz miała konkurencji – 100% prawdy w prawdzie.

You Can’t Always Get What You Want

Z życiem bywa tak, że nie zawsze dostajemy to czego chcemy a przychodzi do nas to czego potrzebujemy. Zdarza się tak, że to czego chcemy nie koniecznie nam służy, choć możemy nawet o tym nie wiedzieć. Dlatego wszechświat skupia się na tym by dostarczyć nam to czego potrzebujemy. Na początku trudno może być zrozumieć, dlaczego coś otrzymaliśmy albo nie dostrzegamy tego, że to jest dokładnie to czego nam teraz potrzeba. Myślę, że to nawet dobrze, że nie dostałam wszystkiego czego zapragnęłam, jak mawiają – uważaj o czym marzysz, bo może się spełnić… Pytania o sens są ważne. Tylko czasem szukamy odpowiedzi tam gdzie jej nie ma i nie będzie. Odpowiedź jest najczęściej w nas samych. I jeśli na moment się zatrzymamy i wsłuchamy w bicie własnego serca, w jego rytmiczną melodię, wtedy odkryjemy prawdę o nas samych. Bo relatywnie często coś jest uratowane właśnie wtedy kiedy myślimy, że zostało stracone. Każdy koniec jednej historii jest początkiem następnej. Nie widzimy tego, gdyż ważny jest dystans a nade wszystko czas i nie przestane tego powtarzać. Czas. Jest jak zaklęcie z opóźnionym zapłonem. Czas. Płynie za szybko kiedy czujemy się szczęśliwi i potrafi zwolnić do tempa niewielkiego ślimaka gdy tkwimy w niewygodnym dla nas położeniu. Czas pozwala nabrać dystansu. Staje się częścią naszego doświadczenia, kiedy jesteśmy w stanie wyciągnąć płynącą z naszej historii lekcję. Nie wolno ignorować czasu. On i tak będzie płynął, niezależnie od tego, czy podejmiemy działanie czy przystaniemy na chwilę. Jest czymś co jest poza naszą kontrolą. Ile nie włożyłabyś czasu w wyścig z czasem, on i tak odpłynie, swoim tempem.

Przyglądam się ludziom, którzy tak zachłannie starają się ten czas zatrzymać w miejscu, boją się własnych zmarszczek, lgną do utopijnego świata, w którym wszystko da się wygładzić, odsunąć o parę chwil w czasie. Zamiast cieszyć się swoim doświadczeniem, gonią wątpliwe (według mnie) „ideały” wyprasowanych od botoksu „instagramowych księżniczek”, których zdjęcia świecą się od „flag” marek spodni, skarpetek a nawet proszków do prania poprzez krem na grzybicę stóp oraz maść na ból dupy. Księżniczek jednego może dwóch sezonów, które jak już się zestarzeją, to nikt nie będzie pamiętał o „reklamach” tych wszystkich bezużytecznych produktów, które nagromadziły w swoich nieskazitelnych norkach. Bo jak śpiewał Karpiel-Bułecka, tam w tą ostatnią z dróg i tak każdy kiedyś pójdzie boso. Czas, który nastał parę miesięcy temu, czas, który miał wszystko zatrzymać, paradoksalnie większość rzeczy przyśpieszył. Łole na portalach społecznościowych pękają w szwach, najbardziej fajowe są te, w których to lokalni „pseudocelebryci” skarżą się na to, że ktoś im zagląda do kuchni czy łóżka, choć najpierw sami bezpretensjonalnie się tym dzielą. Dzielą się dosłownie wszystkim. Nie ma żadnej intymności, doszło do wypaczenia znaczenia tego przywileju – intymność jest teraz wstydem. Najbardziej nieznośne jest, jak nasi „darczyńcy”, obdarci z całej swej tajemniczości, narzekają na tych samych portalach i stronkach, że ludzie spekulują na ich temat, albo, że stali się źródłem plotek. Jeśli stoisz przed światem naga, nie dziw się, że ktoś obiektywnie wyraża na ten temat swoją opinię. I to nie jest hołd złożony hejterom i trollom, nie toleruję tychże, a jednocześnie jest mi ich żal… Nic nie usprawiedliwia szykanowania i obrażania innych. Wyrażanie w sposób kulturalny swojej opinii uważam za słuszne.  Zastanówmy się raczej, co to obnażanie ma przynieść: ulgę, popularność, ból, rozterkę, sławę… Uważam, że pytanie po co, jest jak najbardziej zasadne. I nie, nie jest tak, że zawodowo zajmę się teraz malkontenctwem i krytykanctwem, jestem daleka od tego, wolę znaleźć swoją niszę. Piszę o tym, bo mnie to poruszyło, bo próbuję to ogarnąć moim blond mózgiem 😉

Moja kochana, dzielmy się naszą intymnością rozważnie. Wiem coś o tym, ponieważ dzielę się z Tobą sobą, i czasem mogę dotknąć tematów, które są bardzo intymne i bardzo moje. Znam wiele świetnych ludków w tych fejsbukach i instagramach, którzy dzielą się szalenie ważnymi tematami, są inspiracją, drogowskazem, motorem do zmian. Różnica pomiędzy nimi a pozerami jest zasadnicza, a jest nią autentyczność, prawda, którą zawiera ich przekaz. Oni są tacy ludzcy, tacy mi bliscy. Dość mam tych „idealnych” ludzi. Serio, istnieją kobiety, które nawet w czasie miesiączki wyglądają kwitnąco i ubierają się od stóp do głów w śnieżno białe ciuchy i pozują z lejkiem albo tamponem w prawej ręce, szczerząc zęby do zdjęcia. Wow. No wprost mega, ja w te dni czuję, że chcę stać się jednością z moim kocykiem. Każdy ruch sprawia mi ból, przez moją koleżankę endometriozę, zrosty i inne turbulencje. Traktuję ten czas w kategorii – przetrwać. Nie, nie zazdroszczę tej bieli, ja po prostu w nią nie wierzę. Wstydzimy się prawdy o nas samych. Prawdy o tym, jak niedoskonali jesteśmy jako ludzie. Bo czymże jest doskonałość, bo jeśli tymi śnieżnobiałymi ciuchami otagowanymi ze wszystkich stron, to ja to za przeproszeniem pier…lę, wolę być nieperfekcyjna i w 100% spójna ze sobą samą. Słowo do wpisania w notesiku na dziś dla Ciebie to akceptacja i czas. Zaakceptuj siebie całą i daj sobie czas, jesteś unikatem, a ich nie da się wcisnąć na zdjęcie i przykleić im etykietki. Jesteś nie do podrobienia i tego się trzymaj. I pamiętaj nie wszystko czego chcesz, jest tym czego potrzebujesz 🙂

Love You <3

Can’t smile without you…

Czy wiesz jak to jest budzić się rano, czuć wypełniającą cię harmonię, idealny balans, spokój wewnętrzny i energię, która aż prosi Ciebie o wstanie z łóżka i rzucenie się w wir zajęć różnorakich… Nie znasz tego uczucia? Nie martw się, ja też nie. Zazwyczaj walczę do ostatniej drzemki w srajfonie o choćby pięć dodatkowych minut, spędzonych w pościeli, takiej mięciutkiej i przyjemnej. I tak wciskam magiczny przycisk – drzemka – do ostatniej zdawać by się mogło, racjonalnej chwili, by wreszcie dokonać tego cudu i się podnieść z wyrka. Czasem jedyną motywacją, żeby tam nie spędzić całego dnia, jest pełen pęcherz. Nie oszukasz fizjologii, choćby nie wiem co. Nie jestem leniem. Nie byłam leniem. Czasem nie umiem w życie. Czasem nie umiem dzień, dwa, tydzień… Nie oczekuję teraz współczucia, ani oklasków, tylko tak sobie rozmyślam, że może ktoś to przeczyta i pomyśli – to też moja historia. I wtedy zrobi się Tobie tak troszkę lżej na serduchu. Mam taką nadzieję. A może masz dokładnie odwrotnie i każdy dzień to dla Ciebie nowa przygoda? Nie wiem, co Tobie na to powiedzieć, duma i radość to mało, jeśli tak wygląda Twoja codzienność, to znaczy, że pozwoliłaś sobie na szczęście i jesteś na dobrej drodze, nie zbaczaj z niej zatem 🙂

Od dawna uważałam, że wojnę z moją duszą muszę toczyć sama. Odepchnęłam większość bliskich mi osób na odległość niemalże kosmiczną. Czasem wygrywam moje bitwy, czasem ponoszę sromotną klęskę, która jest jak atak na moją tożsamość, rozkłada na łopatki, tak, że trudno złapać oddech i się podnieść. W czasach, w których niemal każdy mówi o samorozwoju, sile, wewnętrznym drapieżniku, ściga się by być najbardziej zajebistą z zajebistych wersji samej siebie, ja ponoszę porażkę za porażką. Leżę sobie potem w samotności i liżę rany. Są takie rany, które na zawsze pozostaną Twoją blizną, jednak to właśnie one tworzą Twoją historię. Nie boję się już tego, że czasem jestem słaba, że za bardzo słucham podpowiedzi serca. To właśnie jest moją siła, potencjałem, to ostatecznie zawsze zwycięża, ta strona mocy, która woła by wstać i zrobić kolejny krok. Więc idę. Nie poddaję się. Czuję wiatr na mojej twarzy, słońce delikatnie głaszcze mój policzek i w takim momencie wiem bardziej, że to, że tu jesteśmy, to cud. Możemy uczynić naszą podróż albo udręką albo dać się porwać sercu i przestać oglądać za siebie. Wiem, że w mojej podróży potrzebuję kompanów, przyjaciół, sprzymierzeńców, oddanych bardziej niż współpracownicy w korpo (których lojalność mierzy się pieniędzmi i aktualnymi zagrywkami menagierów). Zrozumiałam, że samotność jest dla mojej duszy tym, czym jest długa relaksująca kąpiel dla ciała. Pomaga mi pozbierać i ułożyć moje puzzle. Ale zaraz po tym chcę do ludzi, bo są moją inspiracją, są zagadką, dobrem, złem, wszystkim.

Uśmiecham się do siebie i do Ciebie 🙂

Dziękuję, że Jesteś tu ze mną <3

Bella Ciao !!!

Piękny słoneczny jesienny dzień, można pójść pobiegać, zjeść coś zielonego, co nie mówi, nie ma nóg i nie płacze za nim żadna matka. A ja na przekór temu, otwieram wino i prasuję… wtem, w czeluściach mego posępnego czerepu, naładowanego cynizmem po brzegi, rzucam pomysł z prasowaniem i zaczynam pisać. Myślę o Kobietach, które spotykam na swojej drodze i z przykrością muszę stwierdzić, że tych fajnych świadomych siebie i wrażliwych na innych jest ostatnio coraz mniej.  Pytam siebie, co jest nie tak. Może mam zbyt duże wymagania. No ale jak to, że ja, orędowniczka odpuszczania i braku przesady mam mieć niby zbyt wygórowane oczekiwania, cóż ponad wszelką wątpliwość szkopuł tkwi w czymś innym. Miałam ogromną nieprzyjemność spotkać na mej drodze życiowej Kobiety, które z braku poczucia własnej wartości, utopiłyby wszystkich i wszystko w łyżce wody, gdyby się tam zmieścili. Kobiety, które budują swoją pewność siebie, kopiąc dołki pod innymi. Kobiety, którym jest łatwiej funkcjonować, gdy obrażają innych. Kobiety, które tak bardzo boją się o swoją pozycję, że kąsają wszystkich, tak na wszelki wypadek. Kobiety, których jedynym pokarmem stała się plotka, dlatego gubią się w ogromie substytutów, z których tworzą pozory życia własnego. Kobiety, które oceniają ciebie za nim zdążą Ciebie poznać. Kobiety, które zazdroszczą Tobie tylko dlatego, że masz dystans… Kobiety, które wszystkich mierzą swoją miarą. Kobiety, dla których jesteś wartościowa tylko wtedy kiedy nie nosisz szpilek?!?  Kobiety, które będą witać cię z uśmiechem, ale czekają aż tylko staniesz do nich odwrócona plecami. Kobiety, które będą udawały, że chcą pomóc a potem będą próbowały Cię ośmieszyć. Kobiety, dzięki którym rozumiesz, że jeśli chodzi o podłość i okrucieństwo to płeć nie ma znaczenia.

Jestem wdzięczna życiu za te Kobiety, które powyższych cech nie posiadają. Jestem wdzięczna za te Kobiety, które niczego nie muszą nikomu udowadniać i jeśli się ścigają to tylko same ze sobą. Kobiety, dla których wspieranie innych Kobiet jest czymś naturalnym. Kobiety, które niezależnie od tego jaki jest ich status związku, zawsze są w związku ze sobą. Kobiety, które potrafią docenić inne Kobiety. Kobiety, które wyciągały do mnie pomocną dłoń, gdy nawet nie oczekiwałam pomocy. Kobiety, które swą mądrością dzielą się z innymi. Kobiety, które niczego nie muszą. Kobiety, które potrafią wybaczać sobie i innym. Kobiety, które śmieją się z własnych słabości. Kobiety, które na przekór wszystkiemu i wszystkim, są cynicznie zabawne, bo im z tym do twarzy. Kobiety, dla których znaczenie ma drugi człowiek, po prostu. Kobiety, które niezależnie od etapu życia, szanują siebie i inne Kobiety. Kobiety, które nie oglądają się wciąż za siebie, ze strachu, że ktoś w końcu dokona wendety. Kobiety, które nie przeglądają gorączkowo insta i fejsa, po to tylko by znienawidzić Ciebie bardziej. Kobiety, które mają swoje pasje, niezależnie od tego czym ta pasja dla nich jest.

Może jednak niepotrzebnie wciągnęłam się w serial Opowieści Podręcznej, ale czasem mam poczucie, że dokładnie tak jak tam, podziały funkcjonują szybciej niż struktury, które buduje się na ich potrzeby. Jak to mawia bliska memu sercu Kobieta – Kochana pamiętaj, słońce nie przestaje jaśniej świecić, tylko dlatego, że jego blask razi kogoś w oczy. Bądź jak Słońce 😉 I pamiętaj miej dystans, nawet do tego wpisu 🙂 Ucałowania dla Was Wszystkich Kobiety Kochane, pamiętajcie o jeszcze jednej bardzo istotnej kwestii – nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić, łącznie z nastawieniem do siebie i innych Kobiet. Być może jestem ostatnią mieszkanką Ziemi, która w to wierzy, a jednak, co mi tam 🙂 Enjoy :*

Let you love me…

 

Kiedy myślisz, że już wszystko sobie poukładałaś, to jak nic coś nagle pierd…nie znienacka. Tak  musi być. Siłą wyższa. Dżedaj to wiedzą.

Wróciłam do korpo i o mooj dobry bosche, podoba mi się okrootnie 🙂 Sama sobie w to nie wierzę. Czyli może być inaczej. A no może. Fajnie jest mieć miejsce, do którego pomimo milionów zadań i multitaskingu na poziomie infinty war awedżersów chce ci się w monday wracać.

Ale ten wpis nie o tym dziś, ale o czymś o czym nigdy jeszcze ta na serio serio nie pisałam. Dziś będzie o miłości.

A uściślając, będzie o walę tynkach, święcie przez mnie odepchniętym na margines „niby świąt”, i to nie ze względu na obrzydliwą komerchę, jaka temu czemuś towarzyszy, a przez wzgląd na to, jacy jesteśmy przez te walentynkowe zamieszanie nadzy po środku zimy, śniegu i hejtu wydzierającego z każdego zakątka wszechświata… Jakby ciemna strona mocy wypełzała z każdego zakamarku, wołając – „Mam Cię ku…wa”… Bardzo dobrze się stało, jeśli zachodzisz teraz w głowę i zastanawiasz się, co się z tą Nieperfekcyjną dzieje, o jaką nagość jej teraz chodzi. Nudyzm wkradł się na dobre do sieci, portali społecznościowych i żyje własnym życiem w internetach, pokazujemy stanowczo za dużo, pół biedy gdyby chodziło tylko o nagie torsy, czy wypięte pośladki, biusty i resztę tego co chce się światu pokazać. Jeśli nie wstawisz zdjęcia z bukietem kwiatów, pierścionkiem z kilku karatowym brylantem wetkniętym na palec, pluszaczka, pudełka rafaello, merci z promocji z biedry albo koronkowych, czerwonych stringów, a najlepiej jak nad lub pod fotką jest mały zapis pt. „chyba kocha, jak myślicie?”, albo „pamiętał, kocha”,  jeśli nie zrobisz tego to miłość się nie liczy, nie istnieje, bo nikt nie zobaczył zdjęcia otagowanego jak wyżej. I żeby nie było, że mi się wylewa, bo pamiętaj o mojej złotej zasadzie – brzydzę się generalizowaniem i ustawianiem ludzi w rzędzie z podpisem – tacy sami, wiem, że na tym świecie są jeszcze człowieki, które kochają po prostu, bez obnażanie swoich uczuć przed niezrównoważonym psychicznie internetem. Wiem jak to brzmi 0:1, jak nie moje, a jednak.

Pomyśl co by się wydarzyło, gdyby schować miłość na powrót tam gdzie jej miejsce – do serca. Milion zdjęć z przesłodką walentynką, pluszowym misiem, naszyjnikiem z serduszkiem, nie musi pojawić się w sieci, może zostać w naszej własnej przestrzeni. Niezależnie od tego kogo kochamy, kochaliśmy albo będziemy kochać, miłość jest darem i przekleństwem, jest słodyczą z nutą goryczy, jest światłem i ciemnością, jest harmonią i chaosem, jest współistnieniem i przestrzenią, jest ukojeniem i rozdzierającym bólem, jest rozstaniem i powrotem, jest spokojem i szaleństwem, jest słońcem i burzą, jest wszystkim…

W związku z tym „uroczym” niby świętem, rozmyślam sobie, co by było gdyby ON się nie pojawił. Gdzie bym teraz była. Czym bym się zajmowała. Czy w końcu odważyłabym się złożyć papiery na łódzką filmówkę, czy mieszkałabym nadal w miejscu, o którym większość mówi, że tu się nic nie uda… Może  teraz jadłabym dinner w towarzystwie znajomych a w domu czekałby na mnie mój rasowy kot oraz pies ze schroniska (to mega modne, ale i fajne zarazem), jadłabym śniadanie, obiad i kolacje z pudełek, ubierałabym się u projektantów, których nazwisk nie jestem w stanie poprawnie wypowiedzieć, spałabym w ogromnej sypialni z widokiem na Manhattan, randkowałabym z większością socjopatów, narcyzów oraz pseudoartystów z zaburzeniami osobowości, bo każdy by mnie znał. Może miałabym swoją okładkę w jakimś podłym kolorowym czasopiśmie. Jakiś psychofan przysłałby mi bukiet kwiatów na domowy adres, a ja srałabym ze strachu dzwoniąc do mojego bodyguarda co kilka sekund (jak kiedyś Whitney w tym filmie z Costnerem). Może nic by mi nie wyszło i siedziałabym teraz, drżąc z zimna, na jakimś gumoleum w klinice dla zaćpanych celebrytów, a może mieszkałabym w Australii, bo zawsze chciałam tam polecieć (to przez moją ogromną miłość do Marka Niedźwieckiego)… Może…

Nie mam pojęcia co bym teraz robiła… Teraz to już nie ma najmniejszego znaczenia. Wiem jedno, 16 lat temu jedno spojrzenie zmieniło moje serce w lawę… Gdyby nie te oczy i to poczucie totalnego bezpieczeństwa, które niosły, nie było by mnie w tym miejscu, w którym teraz jestem.

Stan na dziś, rozkłada mnie paskudny wirus, a ze mną jest moich trzech facetów, bo życie jest za krótkie, żeby kochać tylko jednego 😉 Kot leniwie przeciąga się na moich odnóżach, kochany labek udaje szitsu i gramoli się na zdecydowanie za małą kanapę. Takie to wszystko zwyczajne, codzienne, proste, shrekowate, tak dobrze kojarzysz, to od Shreka nazwa ta. Z wiekiem zrozumiałam, że nie czekałam na księcia z bajki, tylko na kogoś prawdziwego, bo życie nie jest komedią romantyczną z lat 90tych.

Życzę WAM WIĘCEJ MAGII W KAŻDYM SPOJRZENIU I MIŁOŚCI, KIMKOLWIEK DLA WAS ONA JEST…

A my pozwólmy pozostać jej obietnicą, że jest tylko nasza, ważna, jedyna.

 

Time to say goodbye?

 

Piszę troszkę, żeby się pożegnać. Nieperfekcyjna musi odejść. W czasach gdy facebook i instagram pokazują nam jak mamy żyć, a szczytem odwagi jest nosić rozmiar 38 i się tego nie wstydzić, stwierdzam, że na mnie już pora… ale zaraz zaraz czy to właśnie nie po to zaczęłam pisać, żeby nie dać się zwariować temu co proponuje mi multimedialny świat. Nie chcę być hipokrytką, czasem wstawiam zdjęcia na insta czy fejsa, ale kurła nie robię piesków na snapczacie. Nikt mnie nie pyta – skąd sweterek, po ile torebka, bo musiałabym napisać, ano z Lidla. I żeby nie było, nie cierpię z tego powodu. Czuję, że mam w tej materii przewagę. Nie jestem niewolnikiem metek. Jetem przysłowiową Kowalską, mieszkam na osiedlu z płyt betonowych, a mój kredyt jest większy niż ego mojej byłej szefowej. Czasem siebie lubię, a czasem nie. Miewam koszmary. A największy z nich to ten, że nie mogę wyjść z domu. Kocham przestrzeń i nawet lubię ludzi, jak na przyzwoitego Ha eRa przystało. Duszę się kiedy jestem w jednym miejscu bez przerwy. Przypalam ciasto czasami, a innym razem to robię takie z zakalcem (na szczęście ma kto zjadać), bywa że zrobi coś perfekcyjnie, wtedy wszyscy dookoła są tak zdumieni, jakby pierwszy człowiek stanął znów na księżycu czy innym marsie. Nie lubię poniedziałków, bo to oznacza koniec laby, chodzenia w niedzielę do popołudnia w piżamie i jedzenia ciasteczek na bajce o jakichś potworkach czy innyych księżniczkach. Kocham czytać, kocham książki, bo są jakie papierowe przyjaciółki. Ich zapach przywodzi na mają myśl zapach wszystkich dni nastoletniości, kiedy siedziałam zamknięta w swoim świecie i czytałam bez opamiętania. Dalej tak mam. Nic nie poradzę, czytanie uzależnia.

Ostatnio zastanawiałam się, kiedy wszystko przestanie się tak zmieniać. Zmieniam pracę, otoczenia, pomysły na życie i siebie. I wtedy coś do mnie dotarło. Jedyną stałą w moim życiu są moi Trzej Muszkieterowie, Mąż i i nasi M&M. Wszystko inne jest obarczone znamieniem ciągłej ewolucji a czasem nawet rewolucji. Z czego to wynika. Ano z tego, że nie chcę pozwolić sobie na bylejakość, na tzw. ciepły ku..dołek, jak nazywa to moja bardzo bliska koleżanka. Trzeba ruszyć te przysłowiowe 4 litery po coś innego, sięgać wyżej, dotknąć gwiazd, bo jak nie teraz to kiedy. Nie wolno się nam godzić, na żadną na świcie byle jakość – związku, pseudo przyjaźni, pracy (w której jedyną szanowaną osobą jest wynik), pasji, która od dawna nas nie spełnia. Mam taką przy sobie taką obserwację ze swojego otoczenia, która jest dla mnie smutna, że to pokolenie w którym przyszło mi się zjawić na tym świecie, ma taką niesamowitą moc godzenia się na to Jak Jest, patrząc na młodsze pokolenia i biorąc pod uwagę moje doświadczenia z ogródka rekrutacji, nie zawaham się stwierdzić, że oni potrafią walczyć o swoje, pomimo całej swej roszczeniowości wobec świata i ludzi. A my jak te posłuszne pieski wykonujemy pracę, która nie spełnia, albo wymaga poświęceń, wszystkiego i wszystkich dookoła. Zapytajcie siebie czy warto? Co musiałoby się stać, żeby pozwolić sobie na chwilę refleksji i przestać lecieć w stronę płomienia niczym ćma zaślepiona jego blaskiem. Szybko można się spalić. Wiem, co mówię. Moje doświadczenia o tym mówią, czasem nawet krzyczą. Prawie spłonęłam na stosie własnych ambicji i godzin nadliczbowych, subiektywnie stwierdzam, że jestem na to zbyt niesubordynowana, że się tak wyrażę. Rozumiem, że może niektórym z nas brakuje czasów PRL i tego całego kolektywizmu, wiary w jeden cel. Ale zebranie w korpo przypomina często spotkanie członków Amwaya – GREJT DŻOB, JU KEN DUŁ IT, EKSELENS – a teraz wszyscy klaszczemy, bijemy brawo… To się podobno nazywa motywowanie. A potem wyciskanie z człowieka soku kropelka po kropelce i jak myślisz, że wycisnęli już z ciebie wszystko, jak z jakiejś podrzędnej cytrynki, to okazuje się, że kurła jeszcze bardziej Ciebie zczelendżują i wycisną nawet skórkę, która ledwo się trzyma. I tu będę jak moja ukochana Kasia Nosowska i powiem BASTA. Czas ruszać w nieco innym kierunku, są chyba jeszcze na świecie miejsca gdzie nie trzeba klaskać (pomijając Rubika, który z klaskania uczynił artyzm).

Opamiętajmy się nim wszyscy spłoniemy…

Tulę Cię dziś mocniej niż zwykle, wybacz gorycz, czasem muszę, żeby nie było za słodko, cukier to narkotyk, także ten. Ściskam :*

 

Decpacito

Śpiesz się powoli. No czysta głupota, myślałam tak przez połowę życia a może i ciut dłużej. Jednak po trzydziestce, zrozumiałam, że nie o to w tym chodzi, żeby stawiać świat na głowie a raczej o to by malutkimi kroczkami przemierzać życie i wciąż się poruszać w przód, czasem przystanąć na moment, żeby potem znowu podążać nieznanym szlakiem z tą nutką niepewności i ekscytacji. Przez całą jesień układałam wiele rzeczy na nowo, zwłaszcza tych zawodowych i wiesz co było całkiem fajnie, slow life przypadł mi do gustu i choć zawsze wydawało i się, że jak się śpieszę to znaczy, że więcej zrobię, to wiem że byłam w błędzie. Mój dom wygląda często jak pobojowisko, na desce do prasowania piętrzą się wyprane koszule, koszulki i inne bzdety pachnące kokolino czy czymś tam innym, prawie zawsze zapominam jak jestem w dyskoncie spożywczym o jakimś niezbędnym do życia produkcie, mam często bałagan w szafkach, a w kuchni to jest już taki pierdolnik, że zwyczajnie potrzebuje mapy, żeby dotrzeć do lodówki, a Gośka Rozenkowa po wejściu do mojego przybytku padła by na zawał i nie zdążyłaby nawet zrobić testu białej rękawiczki. Mam to w głębokim poważaniu, zamiast robić te wszystkie głupoty, miałam czas na swoje przyjemności, czytałam, biegałam, miałam czas dla moich Miśków najukochańszych. I kultywowałam pikną aczkolwiek trudną sztukę odpuszczania. Zaiste piękne to. Mówię Ci, piękne po prostu. To jakby czekało się na coś całe życie i bang masz to, wreszcie nie musisz spinać pośladków i  możesz oddychać głęboko popijając ulubioną kawę. To jak olśnienie. Tak samo mam z ludźmi w moim życiu. Zostali już tylko Ci, przy których nie muszę się spinać, udawać, zakładać masek i robić szpachli na facjacie. To uczucie wielkiej ulgi jak niczego nie musisz. Pierdylion razy, jak mieli się pojawić u mnie jacykolwiek goście, sprzątałam jak szalona z takim zapałem, że robiłam porządki u siebie i wszystkich sąsiadów po kolei, no prawie. Teraz zapraszam do swojego świata tylko osoby, które nie wzdychają głośno siadając na kanapie, która wygląda jak usnuta z sierści moich wariatek kochanych. Tak mam psa i kota. Dobrze mi z tym. Im bliżej czterdziestki tym bardziej rozumiem, dlaczego pewnych osób nie ma już w moim życiu.

Jednak czas slow life zamienił się w niestety nie w high life tylko zapierdzielnik life. Nie starcza mi doby tyle mam zadań zawodowych i domowych. Praca w korpo to nie bajka, no chyba, że jesteś singielką i spotkasz tam księcia 😉 Mój książę i dwóch księciuniów czekają na mnie w domu, każdego wieczora licząc, że z uśmiechem ogarnę chałupę i sprawdzę czy wszystko na kolejne jutro przygotowane. Kładąc się spać w myślach układam listę THINGS TO DO w następnym dniu, zakupy, lancze, trzeba pamiętać o masie spraw małych i dużych, za to w pracy: niekończące się telekonferencje, procedury, projekty,spotkania i co chwilę trzeba zamykać miesiąc (czas mknie szybciej niż Horodyńska na zakupach), w domu – termin starszego M&M’sa u ortodonty, strój jeża na bal w przedszkolu dla młodszego M&M’sa, kibicowanie mojemu Ł. w zawodach, zakup odkurzacza, który załatwi za mnie masę spraw, może nawet zrobi pranie i ugotuje… I jeszcze te cholerne zakupy, które o dziwo nie robią się same. I nagle …. ta refleksja, że przecież życie to kwestia wyboru. Czyżby?!? Czasem przemyka mi przez głowę tak zupełnie bezszelestnie myśl o tym, że przecież nie tylko ja tak mam, gonimy wciąż niczym chomiki w kółeczku i zamiast wyskoczyć z niego, dajemy porwać się temu szalonemu wirowi obowiązków większych i mniejszych. Potem często plujemy sobie w brodę, ile przegapiłyśmy po drodze. Dlatego powoli wracam do slow life, chociażby weekendowo. Od czegoś trzeba przecież zacząć, a mając w perspektywie wiosnę tuż za rogiem to chyba całkiem fajny pomysł. Usiądź, oddychaj, ciesz się chwilą… W poniedziałek znowu wpadniesz w wir, nie pozwól by odebrał Tobie marzenia i spokój. Nie bądź sumą oczekiwań innych ludzi, bądź sobą, w tej wersji jesteś NAJLEPSZA 🙂

Changes

Dzień dobry 🙂 Zacznę z grubej rury od razu, że się tak wyrażę, bez owijania w bawełnę czy jedwab. Nadszedł czas zmian. Na niektóre z nich byłam gotowa od dawna i stały się rzeczywiste tylko i wyłącznie na moje osobiste życzenie. Inne przyszły nieoczekiwanie wraz z tymi, które wybrałam. No i koniec wpisu. Przecież jedyną stałą w życiu jest zmiana. Proste jak drut. A jednak wiele z nas trzyma się niemal kurczowo utartych schematów, opowiada te same historie, jak zdarta płyta. Je na śniadanie codziennie te same płatki, podane w identyczny sposób i zjada je bez smaku. A wystarczy dodać łyżeczkę miodu i już smakują ciut lepiej 😉 Od piętnastu lat jedzie na wakacje dokładnie w to samo miejsce, bo to już zna, bo tam jest bezpiecznie. Zawsze chodzi tą samą drogą pod górę i na jej rozwidleniu zawsze skręca w lewo. I żeby nie było, ja nie mam nic przeciwko jedzeniu płatków na śniadanie, czy wyjeżdżaniu na wakacje do ulubionego domku w Dziwnówku czy innym Mrzeżynie. Próbuję tylko dociec, czy ten schemat jest zawsze dla nas dobry. Wyobraź sobie sytuację, w której każdego dnia próbujesz czegoś nowego. Na początek możesz codziennie zjadać inne śniadanie. Wybrać inną drogę i zamiast skręcić w lewo, pójść w prawo. Pojechać w nieznane i odkryć jakieś zupełnie nowe magiczne miejsce. Co się stanie jeśli porzucisz choć na chwilę sztywne ramki, w które zostałaś wetknięte jeszcze w czasach szkoły podstawowej. Co jeśli nigdy nie zaglądasz do sklepiku, obok którego przechodzisz każdego dnia, a w środku czeka na Ciebie miłość Twojego życia. Co jeśli zamiast bać się zmiany i nowego zaczniesz czuć obrzydzenie do rutyny. Wiem, że ona jest bardzo przyjemna, jednak od czasu do czasu pozwól sobie na odrobinę szaleństwa, to sprawia radość, budzi w nas dziecko, chcemy doświadczać nowego, chcemy się cieszyć, chcemy żyć pełnią życia. I nawet jeśli mój wpis miał być o wyższości biegania nad jazdą na rowerze, to dusza popdowiedział mi coś innego i poszłam za ciosem. Jeśli choć przez chwilę przemknęła Ci taka myśl – dziś jednak pójdę w prawo, to proszę Cię zrób to. Drugie takie dziś się nie powtórzy, wykorzystaj to, skrzydła są po to, żeby latać :*, a już zwłaszcza w takich pięknych okolicznościach przyrody.

The Wonder of You

Jesienną porą bywam taka troszkę melancholijna, wpadam w zadumę nad życiem i całym tym światem. Pogoda ostatnimi czasy tak zwariowała, że mam pewne obawy co do tego, iż za chwilę spadną liście z drzew i powieje arktycznym chłodem. W związku z tym całym pogodowym zamieszaniem, w moim organizmie też coś pierd…yknęło. Nastrojona jestem nadzwyczaj jesiennie. Muzyka, którą ostatnio pochłaniam zmysłem słuchu (który mi się wyostrzył na starość?!) to składanka, która nadzwyczaj moje zachwianie podkreśla. Swoją drogą bardzo polecam soundtrack z Big Little Lies. Nie wiem dokąd mnie to wszystko przywiedzie, jednak doszukuję się w mym stanie jesiennym tej wiosny, pozytywnych stron. Dzięki temu mam nadal czas na książkę wieczorem, mogę jeść czekoladę dla poprawy nastroju, pić gorrącą herbatę z malinami i chodzić na spacery w moim ulubionym ciepłym szaliku 🙂 I nie wiedzieć czemu taki stan rzeczy całkiem mi się podoba. Staram się nigdzie nie śpieszyć, mieć świadomość tego, że wszystko się zmienia, że są rzeczy na które nie mam wpływu. I właśnie ten październikowy klimat w maju o tym mi przypomina. O trudnej sztuce odpuszczania. To niemal jak nauka życia na nowo. Continue reading